piątek, 30 września 2016

Go go (pole) DANCE !

Hej kochani !

Obiecałam sobie, że będę bardziej starać się o zdjęcia z zajęć oraz niedługie filmiki. Udało się i kolejny raz przedstawiam wam krótkiego posta ze zdjęciami moich postępów w tańcu. Od góry możecie zobaczyć pozycje: scorpio; superman; funky monkey.








Mam dla was także niedługi filmik:



Nic tu więcej pisać, gdyż całą idee mojej pasji omawiałam w poprzednich postach, które znajdziecie:

Tutaj

Tu

i Tutaj!


Jak oceniacie moje postępy ? 
Co sądzicie o tym nietypowym sporcie ? 




Zapraszam do pozostałych postów:
I lend DRESS immediately !




Najnowsze wieści z mojego życia codziennego i sekrety bloga na snapie: wersquu




poniedziałek, 26 września 2016

4#"WEGE- nie tylko dla roślinozjadaczy"

Przedstawiam wam czwarte danie/przepis na poprawę wyglądu i kondycji piersi, z cyklu "WEGE- nie tylko dla roślinozjadaczy". 


Tym razem mam dla was placuszki sojowe - zdrowe, pyszne i ... sojowe !
Jeżeli chodzi o przygotowanie, to w ponad 50% jest ono takie same, jak w przypadku pasty sojowej. TUTAJ możecie zobaczyć, jak krok po kroku wykonać taką pastę, bo jest ona bazą do placków. 

Do pasty, którą wykonaliśmy dodajemy:
  • sól,
  • 1 jajko,
  • mąka,
  • płatki owsiane,
  • ew. przyprawy, jeżeli wolicie na słono,
  • jeżeli robię je na słodko, to często dodaje też przyprawę do szarlotki
Wszystko razem mieszamy i nakładamy w formie małych, cienkich placuszków na rozgrzaną patelnię z oliwą lub olejem kokosowym. Oczywiście smażymy do zarumienienia :)



                                                                                                      
Placki wyglądem przypominają najzwyklejsze naleśniki. Dla słodkiego smaczku nakładam na nie truskawkowy dżem. Wybaczcie talerz, ale zdjęcia robiłam na szybko, żeby placuszki mi nie wystygły.   

Jedliście już kiedyś coś podobnego ?
Jeśli tak, to co o nich sądzicie ? 



Poprzednie posty z serii:



Najnowsze wieści z mojego życia codziennego i sekrety bloga na snapie: wersquu


                      

środa, 21 września 2016

The memory of holidays !

Hej kochani!
Ostatnie, ciepłe dni przed nami. Lato w Polsce jest bardzo krótkie i praktycznie nie całe dwa miesiące możemy cieszyć się zakładając bardzo letnie i sporo odsłaniające stylizacje. Dodatkowo, uważam że (bynajmniej w Bydgoszczy) pogoda w wakacje była dosyć często kapryśna i okazji do noszenia letnich outfit'ów było jeszcze mniej, niż zazwyczaj. 
Mnie udało się załapać na jeden z tych dni, kiedy temperatura przekraczała 28 stopni Celsjusza, a na niebie nie było ani jednej chmurki. 




Bardzo długo planowałam zdjęcia w tej stylizacji, lecz nigdy nie udawało mi się trafić na pogodę idealną. Głównym punktem całego outfit'u jest bluzka typu "Hiszpanka" z odsłoniętymi ramionami, które były hitem tego lata. Ich ceny w sklepach były dość wysokie, bo często przekraczały 60-70 złotych. Jak zwykle, w poszukiwaniu tańszej alternatywy odwiedziłam mój ulubiony sklep internetowy - Aliexpress.com. Udało mi się znaleźć tę białą perełkę za niecałe dwadzieścia złotych! 




Bardzo żałuję, że klimat Polski nie pozwala na noszenie tego typu strojów cały rok. Ta sesja, pomimo że nie została wykonana w wakacje, będzie mi o nich przypominać. Tymczasem mamy już dwudziesty pierwszy września i wolne dni to daleka przeszłość. W tym roku zmieniałam szkołę, w związku z tym, że nadszedł dla mnie czas na wybranie się do ponadgimnazjalnej. Była to dla mnie, jak i podejrzewam, że dla większości uczniów dosyć stresująca sytuacja. Na szczęście, pomimo różnych obaw dałam radę i funkcjonuje normalnie!



W liceum "pomieszkuję" (bo praktycznie spędzam tam większość dnia) już prawie trzy tygodnie i powoli zaczynam dostrzegać różnicę pomiędzy tą placówką, a wytworem zwanym gimnazjum. Pierwsze i dla mnie chyba najważniejsze - w szkole ponadgimnazjalnej sposób ubierania się nie gra już tak istotnej roli, jak było to w szkole niższego stopnia. Nie wiem, jak sprawa ma się w innych liceach, ale w moim i z tego, co słyszałam w większości Bydgoskich malowanie paznokci, włosów, ubieranie krótkich spodenek i bluzek na ramiączkach, czy nawet bez to już nie przestępstwo. 




Nauczyciele nie zwracają uwagi na troszeczkę odważniejszy strój, pod warunkiem, że serio nie przesadzimy. Kolejnym plusem jest to, iż mam wrażenie, że traktują uczniów już o wiele poważniej, niż dzieci z "gimbazy". Jesteśmy dla nich już prawie, prawie dorośli. Oczywiste jest też to, że rówieśnicy, jak i reszta uczniów w szkole nie przejawiają już dziecinnych zachowań, jak miało to miejsce jeszcze w gimnazjum. To dla mnie ogromna ulga, bo patrząc na pierwszoklasistów będąc uczennicą klasy trzeciej, łamały mi się nogi i zawsze zastanawiałam się nad tym, czy mnie tak samo postrzegali starsi koledzy trzy lata temu. Zapewne tak ... 




To, co mogę zaliczyć do minusów, to sytuacja, do której tak w sumie powinnam być przyzwyczajona, ponieważ zaznajamiałam się z nią przez trzy lata gimnazjum. Ciągłe trąbienie o zbliżającej się wielkimi krokami matury - od pierwszego dzwonka tego roku praktycznie. Sprawa identycznie prawie miała się z egzaminami gimnazjalnymi. Dobrze jest wiedzieć, że nauczyciele przejmują się naszymi losami, a raczej dobrymi, ogólnymi wynikami matury w szkole, lecz słysząc takie komunikaty cztery lub więcej razy dziennie, to stanowczo zbyt dużo i słabe emocjonalnie osoby może to nawet wprowadzić w depresję. Nawiasem mówiąc, pisząc depresja, mówiłam poważnie, gdyż nawet mnie, pierwszoklasistkę bardzo stresuje wizja nadejścia matury. 




Kolejny minus, który odczułam jakiś tydzień po rozpoczęciu roku, to radykalna zmiana organizacji wolnego czasu. Jednogłośnie stwierdzam, że jest go dużo mniej, niż było w gimnazjum. Nauczyciele wymagają więcej, materiału jest więcej, a dojazd do domu zajmuje dłużej. Średnio czas wolny, który mi zostaje trwa około jednej godziny. Robię wtedy tylko najpotrzebniejsze rzeczy - sprawdzam skrzynkę pocztową, odpowiadam na wasze komentarze, staram się napisać jakiś, konkretny post i chociaż chwilkę przeznaczyć na dokańczanie montażu filmów.



Podsumowując ten post, który z wspomnienia wakacji przeszedł do wywodu o nowej szkole, stwierdzam że do każdej nowości można się przyzwyczaić i z czasem nauczę się tak bardzo umiejętnie organizować tę nieszczęsną godzinkę wolnego, by maksymalnie ją wykorzystać. Tymczasem zachwycam się własnymi zdjęciami, a raczej wspominam wszystkie chwile wolnego, które one przywołują. Tak w sumie, to nie zostało jeszcze dużo czasu do następnych, tylko jakieś dziesięć miesięcy ... 


Bluzka|Aliexpress.com|     Spódniczka|Primark|     Buty|Deezee.pl|     Naszyjnik|Aliexpress.com|

Co myślicie o tej letniej stylizacji ?
Jak wy przeżywacie koniec ukochanych wakacji ?


Zapraszam do pozostałych postów:



Najnowsze wieści z mojego życia codziennego i sekrety bloga na snapie: wersquu

piątek, 16 września 2016

The Hidden "friend"

Często pisze posty w weekend'y "na zapas", gdyż zdarza się, że przez liczne obowiązki szkolne po prostu nie mam czasu napisać czegoś konkretnego w ciągu tygodnia. Ten zwyczaj tak zapadł mi w pamięć i stał się taką rutyną, że nawet w wakacje staram się mieć kilka postów do publikacji w "pogotowiu". Tę notkę najprawdopodobniej też opublikuję dużo później, niż ją napisze. Data jest ważna, chociaż nie wiem w sumie, dlaczego. 



W środę, 3 sierpnia 2016r, podczas powrotu z zajęć pole dancing'u rowerem, słuchania najnowszej wtedy piosenki Seleny Gomez "Kill Em With Kindness" naszły mnie pewne rozmyślania. 
Patrząc na liche statystyki mojego bloga, największą popularnością, odkąd został  opublikowany 24 stycznia 2016 roku, cieszy się post "Jak najdalej od anoreksji". Przed rozpoczęciem tworzenia tej notki jeszcze raz go przeczytałam. Ciężko, ciężko ... Bardzo bolesne wspomnienia. 



Uświadomiłam sobie, że naprawdę byłam szczera. W tamtym tekście nareszcie byłam naprawdę szczera. Napisałam tylko, cytuje samą siebie "Musiał minąć rok, by
cała sprawa o mnie ucichła. Przytyłam 5 kg i mój organizm oraz życie wróciło do normy. Nadal uważam na to, co jem, ale nie mam diety i jem wszystko, na co najdzie mnie apetyt."
Jeżeli miałabym się czepiać, to tylko tych trzech zdań. Nie są one do końca prawdziwe. W tamtej notce przedstawiłam wam moją osobistą historie. Nie opisałam jej jednak prawdziwej - "jej", mojej dobrej znajomej, anoreksji. Minęło jeszcze więcej czasu odkąd, powiedzmy częściowo odeszłam od tej choroby. Teraz mogę spojrzeć na całą tę sprawę z dość dużej odległości czasowej.



Pierwszy i ostatni wniosek - anoreksja zostanie z tobą na zawsze. Ja tak naprawdę nigdy nie pogrążyłam się w tej chorobie maksymalnie, gdyż moje otoczenie - rodzina i znajomi bardzo szybko pomogli mi się "obudzić". Zawsze mówię, że byłam jedną nogą w piekle. Gdyby nie ich wsparcie pewnie teraz leżałabym pod kroplówką w szpitalu psychiatrycznym. Wracając do wystawionego przeze mnie wniosku - wiele osób mówi o anoreksji jak o chorobie fizycznej. Utrata wagi, podkrążone oczy, apatyczność i wiele więcej zewnętrznych objawów. Są to jednak tylko skutki tej choroby. 


Anoreksja to choroba psychiczna. Osobą, które nigdy nie miały z nią styczności bardzo łatwo jest oceniać, nazywając chorych - chudymi patykami, czy wychudzonymi psycholami. Twierdzą, że nie ma nic trudnego w przytyciu, a chorzy najwyraźniej tego nie chcą. Otóż to - chorzy pragną z całej siły przytyć, by w końcu ich życie wróciło znów do normalności. Czasem nawet pragną być znowu grubsi, byle by zdrowi. Tylko, że te cele bardzo trudno zdobyć przez taką osobę chorą na anoreksje. Zapytacie, a to dlaczego ? 



 Nie bez powodu porównałam anoreksje do mojej dobrej znajomej. Chorzy mają wrażenie, że coś siedzi w ich głowie, czy też tuż za nią i mówi. "Kochana koleżanka" mówi, aż zbyt dużo. To ten głos nie pozwala chorym wyjść z choroby. Osoba pragnie zjeść, dajmy na to czekoladę, a "koleżanka" od razu interweniuje - "To jest bardzo kaloryczne, przytyjesz !" Zazwyczaj wtedy słuchamy głosu i rezygnujemy z kalorycznej przekąski. Tak jest też w przypadku wielu innych czynności. Podczas obiadu - by nie zjeść zbyt dużej ilości ziemniaków, czy zamiast dwóch kotletów zjeść jednego. "Znajoma" nakazuje przestać smarować chleb masłem, bo ono i tak nie jest smaczne, a za to bardzo kaloryczne. Po co więc je używać ?




Osoby podejmujące walkę z anoreksją próbują się sprzeciwiać. Często, w moim przypadku kończyło się to jeszcze gorzej. Owszem, zjadłam tę cholerną czekoladę, ale za to głos nie dawał mi spokoju i wzbudzał wielkie poczucie winy. Ostatecznie, dnia następnego nie zjadłam nic, a nic. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jeśli uda się już takiej osobie choć trochę przytyć, to anoreksja zrobi wszystko by znów schudł. 



Minęły już ponad dwa lata, a mnie moja "znajoma" nadal uporczywie się trzyma. Jest ze mną codziennie - od rana do nocy. Nakazuje mi się ciągle ważyć, wsypywać mniej musli na śniadanie każdego poranka, myśleć o tym, że moje postępowanie może spowodować zbyt wielki wzrost wagi. Wnioskuje dlatego, że choroba ta nigdy ostatecznie nie daje spokoju. Zawsze, nawet tłamsząc w sobie ten głos, on z nami pozostanie, czekając na chwilę naszej słabości psychicznej, by finalnie znów ją wykorzystać na swoją korzyść.



 Zwróćcie uwagę na to, że moja choroba nie zaczęła się na dobre, nie wciągnęła mnie ostatecznie, a głos tak bardzo mnie dręczy. Mogę sobie tylko wyobrażać okropne "koleżanki" osób, które walczą z anoreksją bardzo długi czas ... Ja sama ciągle wewnętrznie walczę. Pragnę przytyć i powoli mój głos słabnie. Straszne jest też to, iż przez długi czas sama przed sobą nie przyznawałam się, że mam problem. Nie chciałam dopuścić do siebie takiej myśli ...



Śmieszne, bo dziś jedząc czekoladę miałam w planach skonsumowanie trzech kostek i kiedy chciałam już sięgnąć po czwartą, głos mojej "koleżanki" kazał mi sprawdzić kaloryczność w przeliczeniu na jedną kostkę, abym zobaczyła jak bardzo dużo ma ona kalorii. Chciał mnie złamać. Chciał wzbudzić poczucie winy. Zjadłam ją, pomimo tego, że dręczył mnie dalszą część dnia. Dlatego też może zaczęłam dziś pisać tę notkę, na znak tego, iż chce go stłamsić, że chce zacząć w końcu prowadzić. 



Jak zawsze post o moich wewnętrznych przemyśleniach wyszedł dość długi, ale myślę, że osoby zainteresowane, które nie czytają tego, a potem komentują dla zwiększenia liczby swoich obserwatorów z chęcią poczytają trochę moich wypocin. Podsumowując - anoreksja to największa kurwa jaka istnieje i która nigdy nie odjedzie. 


Do tego postu wybrałam jedną z sesji, która czekała w "poczekalni" i idealnie dopasowuje się do treści. Przedstawia bowiem więcej nagiego ciała. Bandamka na szyi - ostatnio bardzo modna ozdoba. Stanik od stroju kąpielowego, a w nim moje niewidoczne cycki, które pomimo wszystko zaczynam już akceptować. Biała i zwiewna koszula, jako delikatny dodatek do całej stylizacji. Spodenki, które zrobiłam sama ze starych dzwonów mojej mamy oraz niebieskie włosy ufarbowane tymczasowo pianką od Venit'y - Trendy Mousse Color . Widoczne są nawet lekko już zmyte tatuaże z henny, które samodzielnie zrobiła mi moja utalentowana koleżanka, Marika. Dodatkowo, to chyba pierwsza sesja, w której tak bardzo widać mój nowy, czy też już troszkę stary kolczyk w pępku, którego postępowanie w gojeniu widzieliście, lub nie na moim snapchacie ---> wersquu.
Post o tej samej tematyce ----> TUTAJ! 


Koszula|H&M - lump|     Stanik od stroju kąpielowego|H&M|     Spodenki|DIY|     Okulary|CROPP|     Bandamka|No name|     Klapki|New Yorker|

Co sądzicie o stylizacji ?

Jak odnosicie się do moich własnych odczuć dotyczących anoreksji oraz do całej tej choroby ?  



Zapraszam do pozostałych postów:
Welcome to the ... ZOO !
#Aliexpress haul cz.3
TIME




Najnowsze wieści z mojego życia codziennego i sekrety bloga na snapie: wersquu


Newsletter - Zapisz się!